Ciekawostki i zdjęcia z Seulu cz. 3


Zima w tym roku nas nie rozpieszcza, mrozy są duże: w nocy -17C, a w dzień ociepla się do -10C. Seul leży na trasie mroźnego powietrza znad Syberii, któremu często towarzyszą bardzo nieprzyjemne wiatry, dlatego mimo słońca temperatura odczuwalna jest znacznie niższa i schodzi nawet poniżej -20C. W szkołach panuje epidemia grypy, którą moje dzieci przywlokły do domu, dlatego duża część dzisiejszego wpisu poświęcona jest lokalnej służbie zdrowia. A oprócz tego kilka smaczków z naszego codziennego życia w Korei.






Szpital i przychodnia

Tak się złożyło, że ostatnio jesteśmy częstymi gośćmi koreańskiej służby zdrowia. Pod koniec roku trzeba było wykonać dzieciom coś w rodzaju bilansu stanu zdrowia, aby zgodnie z przepisami dostarczyć go do szkoły. Oprócz standardowych badań typu słuch, wzrok, pomiar wzrostu i wagi, musieliśmy zbadać krew i mocz oraz wykonać zdjęcie rentgenowskie klatki piersiowej, więc najwygodniej było zrobić to wszystko w szpitalu. Na szczęście duży szpital znajduje się niedaleko naszego domu i na dodatek ma International Clinic, czyli dział obsługujący obcokrajowców. Wykonanie wszystkich tych badań wraz z rentgenem i zaległymi szczepieniami zajęło dla 2 dzieci jakieś 2 godziny! Najbardziej zaskoczył mnie punkt poboru krwi i oddawania moczu, bo przypominał mi... naszą pocztę :) Był bardzo zatłoczony i podchodziło się ze swoim numerkiem do stolika przy okienku prawie, jak na poczcie albo w banku. Takich boksów ze stolikami było dużo, a samo pobranie było bardzo sprawne, więc numerki przesuwały się szybko i praktycznie wcale nie czekaliśmy. Po pobraniu krwi pielęgniarka wydawała kubeczek na mocz, oklejała go nalepką z naszym nazwiskiem i kodem kreskowym i z tym kubeczkiem dzieci szły do toalety, która znajduje się zaraz obok. Pełny kubek zostawia się od razu w toalecie w specjalnej szafce. Najlepsze jest to, że kiedy wróciliśmy po ok. 10 minutach dwa piętra wyżej do naszej pani doktor na dalsze badania, ona miała już w komputerze wyniki badań. Wow!

Tej zimy już kilka razy odwiedzaliśmy naszą lokalną przychodnię: najpierw chorowała córka, potem mąż, a teraz choruje syn. Nie ma zapisów, ani numerków, przychodzisz i grzecznie czekasz w kolejce z innymi chorymi, a wszystkich przyjmuje tylko 1 lekarz. Kiedy weszłam tam po raz pierwszy i zobaczyłam wszystkich czekających (jakieś 10 osób), to chciałam wyjść i przyjść później, ale znowu wszystko poszło sprawnie. Wygląda to tak: każdy pacjent po wejściu zapisuje swoje nazwisko w książce leżącej na recepcji i siada w poczekalni, pielęgniarka wywołuje pacjentów wg kolejności zapisów. Koreańczyk siedzi w gabinecie średnio jakieś 2-3 min (my dłużej), po wyjściu pielęgniarka drukuje z komputera receptę i rachunek, klient płaci i wychodzi, w tym czasie do lekarza wchodzi już następny. Sposób przyjmowania i dawkowane leków tłumaczy farmaceuta w aptece, lekarz w ogóle nie zawraca sobie tym głowy i nie traci czasu. A czemu my siedzieliśmy dłużej? Lekarz chyba miał ochotę porozmawiać sobie po angielsku i za każdym razem dużo rzeczy nam tłumaczył, a ostatnio pokazywał w internecie, jak wygląda zdjęcie RTG z zapaleniem płuc. Zarówno wizyty, jak i wszystkie przepisane leki mieliśmy refundowane przez lokalne ubezpieczenie (koreański NFZ), więc płaciłam po kilkanaście złotych.

System sprzedawania leków też jest inny niż u nas - wyliczone są one na podstawie recepty i wydawana jest tylko przepisana ilość. Eliminuje to marnowanie leków oraz leczenie na własną rękę specyfikami, które pozostały z poprzedniej choroby. Odliczone tabletki pakowane są w woreczki według pory przyjmowania, czyli wszystkie leki do połknięcia rano w jeden woreczek, w środku dnia - w kolejny, na wieczór - w kolejny, itp. Szczególnie nam - obcokrajowcom - ułatwia to życie: nie muszę 3x sprawdzać, czy aby na pewno podaję dziecku dobry lek (nazwy są oczywiście po koreańsku), tylko otwieram odpowiedni woreczek i odmierzam syrop (syropy też są odmierzane co do mililitra i przelewane do zwykłych plastikowych buteleczek). Apteka wydaje leki w kopercie, na której nadrukowana jest po koreańsku cała rozpiska wraz ze zdjęciem tabletki, nazwą, działaniami ubocznymi, itd. Za duży zestaw leków na grypę dla syna zapłaciłam ok. 30zł, a wcześniej za leki męża ok. 10zł.





Szalone autobusy

Poruszanie się po mieście metrem jest proste - można albo wziąć sobie mapkę metra (dostępne na większych stacjach), albo ściągnąć na telefon jedną z kilku aplikacji, która wylicza nam trasy i informuje, gdzie trzeba się przesiąść. Natomiast z autobusem nie jest tak lekko, nie ma mapek, a aplikacje autobusowe działają różnie. Ponad to trzeba zwracać uwagę na kolor autobusu: zielone to lokalne, jeżdżą zazwyczaj w ramach jednej dzielnicy i dowożą ludzi do stacji metra, niebieskie pokonują dłuższe dystanse i jeżdżą po większych drogach, a czerwone to ekspresy. Jednak największym szokiem dla mnie był sposób jazdy - kierowcy albo są szaleni, albo niewyszkoleni, albo chcą zrobić wszystkim na złość! Przede wszystkim strasznie szarpią - każda zmiana biegu odczuwana jest przez pasażerów, gwałtownie hamują przed światłami mimo, że widzą z daleka, że jest czerwone, wpychają się przed samochody i nie raz zdarzyło się, że przejechaliśmy skrzyżowanie na czerwonym świetle. Znana z innych krajów Azji zasada, że im mam większy samochód, tym jestem ważniejszy, jak najbardziej obowiązuje też w Korei! Dlatego w autobusie najbezpieczniej jest siedzieć, bo jazda na stojąco może być bardzo męcząca i niebezpieczna :)


Mydło w płynie

czyli z serii czego nie ma w Korei. Na początku w ogóle nie zwróciłam na to uwagi, bo mieliśmy jeszcze jakieś tureckie zapasy, ale kiedy chciałam kupić mydło w płynie, na sklepowych półkach  znalazłam jedynie pianki do mycia rąk dla dzieci. Przeszukałam i drogerie, i hipermarkety, ale nigdzie nie ma znanych nam, typowych mydeł w płynie (czasami widziałam gdzieś drogie, importowane mydła, np. francuskie). A że cała moja rodzina jest już do nich przyzwyczajona i kręci nosem na zwykłe kostki, to problem rozwiązałam inaczej: kupuję dużą butlę najtańszego żelu pod prysznic i przelewam do buteleczek piankotwórczych. Dzięki temu mamy przyjemną piankę do mycia rąk, a ja nie muszę już szukać mydła w płynie.


Rice cooker

Tak, kupiłam rice cooker! Wzbraniałam się przed tym przez 1,5 roku, bo to kolejny grat w kuchni, ale wreszcie uległam. Moje koleżanki nie mogły się nadziwić, jak ja w ogóle mogę funkcjonować w Korei bez tego urządzenia. Gotowanie ryżu w garnku? Kto o tym słyszał? Toż to jakieś przedpotopowe metody! A ponieważ wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że zostaniemy w Azji na dłużej, to podjęłam tę ważną życiową decyzję :) Ale sama decyzja to jedno, a wybór urządzenia to drugie. Można kupić najprostszy elektryczny model za ok. 100zł, ale teraz na topie są garnki podciśniowe, w pełni automatyczne, których cena zaczyna się od ok. 350zł, a najdroższe kosztują ponad 2000zł! Przekonało mnie to, że w takim podciśnieniowym urządzeniu można gotować też inne potrawy, nie tylko ryż. Poza tym chcę przestawić moje dzieci z jedzenia płatków z mlekiem na śniadanie, na coś ciepłego i bardziej pożywnego, czyli typowe koreańskie śniadanie (np. ryż i warzywa lub zupa). Dlatego wybrałam model duży, na 10 porcji, w którym gotowałam już makaron z warzywami i wyszedł całkiem, całkiem. Przyznaję też uczciwie, że smak ryżu ugotowanego w tym cudzie, to niebo a ziemia w porównaniu do mojej metody z garnkiem chowanym pod kołdrą (nawet nie przyznałam się koleżankom, że tak robię - to byłby dopiero wstyd!). Mój rice cooker gotuje wszelkie rodzaje ryżu na kilka sposobów (kupiłam już 4kg paczkę ryżu brązowego), ma timer, więc mogę wieczorem nastawić go na rano (chociaż jeszcze tego nie umiem) i gada do mnie po koreańsku (ewentualnie mogę sobie przestawić na chiński ;)). Dopiero się poznajemy, ale coś czuję, że to będzie związek na lata!




Zimowe ubrania

Zimowy sposób ubierania się Koreańczyków nadal mnie zaskakuje! Opcje są dwie: albo bardzo modny, długi do łydek płaszcz puchowy, w którym wygląda się jak w pontonie, ale na pewno jest ciepło; albo elegancki jesienny płaszczyk, lekkie buty typu balerinki, brak skarpetek (u panów), brak szalika i czapki - czyli wyglądam ładnie i udaję, że zimy wcale nie ma. Od czasu do czasu widzę opcję pośrednią, najczęściej są to panowie: długi płaszcz puchowy co prawda jest, ale na stopach klapki i przykrótkie skarpetki. Tak, plastikowe klapki przy -13C! I nie jest to ktoś, kto wyskoczył jedynie po mleko do pobliskiego sklepu, tylko chłopak na spacerze z dziewczyną w parku, albo jadący gdzieś autobusem.

w takich klapeczkach zimą najwygodniej!




Jeszcze jedną rzecz zauważyłam w obuwiu zimowym, zwłaszcza damskim - tradycyjne kozaki nie są tu zbyt popularne, najczęściej noszone są buty krótkie, zwykłe sportowe, nawet tenisówki się zdarzają, ale tej zimy hitem są takie ocieplane mokasyny:






A tak wygląda nasza okolica zimą, w piękny, słoneczny i mroźny dzień:

każdy nowo otwarty biznes jest dekorowany takimi balonowymi drzwiami

główna ulica u mnie na dzielni, słabo wygląda zimą


marzenie życia wielu Koreańczyków - własne mieszkanie w wysokościowcu

latem parasole chronią przechodniów czekających na przejściu na zielone światło, a zimą są świątecznie udekorowane :)

dwupasmowa droga rowerowa, a po lewej miękka ścieżka dla biegaczy

kilka pięter autostrady

główna rzeka Seulu - czyli Han River


O, takie właśnie płaszcze!






Co Was najbardziej zaskoczyło? Stawiam na klapeczki zimą, bo to mój prywatny numer 1!!!


Pozdrawiam ciepło!

Magda

20 komentarzy:

  1. Nie no klapeczki są pierwsza klasa ;) W Tajlandii zaskoczyły mnie apteki - nie wiem czy byłaś w takiej ala warsztat samochodowy ;) Z moich doświadczeń jest kilka typów aptek hehe - no i te kibelki z wodą stojącą.. aaa muszę Ci też powiedzieć, że trafiłam do Koreańskiego sklepu - ale fajne rzeczy tam mieli...maseczki w kapsułkach, profesjonalne zestawy do maseczek, fajne fikuśne to wszystko takie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W aptece ala warsztat jeszcze nie byłam :)
      Nie mogę się doczekać, kiedy pokażesz co kupiłaś w tej Tajlandii :)

      Usuń
  2. Podoba mi sie ten system z lekami :)

    U mnie moze ludzie w klapkach nie chodza zima, ale baleriny i mokasyny i owszem... a ja marzne i nosze uggi do kolan..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten system jest bardzo wygodny!

      Ja też chodzę w kozakach, chociaż te mokasyny z futerkiem to fajna sprawa :)

      Usuń
  3. oczywiście, że najbardziej klapeczki...naprawdę? ciężko uwierzyć. Podoba mi się ta forma podawania leków, jakie to proste i wygodne, kolejki do lekarza jak kiedyś u nas, może i dobrze by było powrócić do tradycyjnego pójścia do lekarza, a nie zapisywanie się przez telefon, który jest nie odbierany ( przynajmniej tak jest w moje przychodni dziecięcej). Fajne to urządzenie do gotowania ryżu, sama z przyjemnością bym go sobie sprawiła, piękne zdjęcia, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko w to uwierzyć, ale klapeczki naprawdę widać na ulicach zimą!

      Dziękuję i pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Byłam w Korei w zeszłym roku w listopadzie i tak, klapki w zestawieniu z tymi długimi puchowymi kurtkami dają efekt a la stylowy bezdomny ;) Mnie zdziwiło jeszcze, że nikt nie ustępuje miejsca osobom starszym w metrze, a nawet młodzież siada na tych miejscach specjalnie wydzielonych dla osób starszych i się za bardzo nie przejmuje. Za to bardzo urocze było to, że niezależnie od wieku, każdy może nosić gadżety z kakao friedns, pokemonami i innymi postaciami, nawet 60-letnia elegancka pani. Fajne było też to, że na podczas wchodzenia szlakiem na górę w Parku Narodowym Hallasan wyprzedzały nas koreańskie babcie i dziadkowie, a także, że wspinały się rodziny z małymi dziećmi, których wcale nie nosili na rękach, tylko dzieciaczki dziarsko sobie maszerowały po stromych schodach i kamieniach, przy asyście rodziców. Mam wrażenie, że takie podejście raczej nie jest u nas popularne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przed wyjazdem do Korei dużo czytałam o szacunku z jakim traktuje się tu starszych, ale to prawda, że młodzi nie ustępują miejsca, jeśli już się zdarza, to raczej ktoś w średnim wieku ustępuje miejsca babci albo dziadkowi!

      Usuń
  5. Miałam jako dziecko takie klapki ;D Podoba mi sie pomysł pakowania odpowiednio leków, spore ułatwienie i nawet nie wiedziałam ze jest coś takiego do gotowania ryżu!

    OdpowiedzUsuń
  6. Udawanie, że nie ma zimy to specjalność Koreańczyków. Liczy się wygląd, ładny płaszcz, fajny but, a resztę jakoś się zniesie. Sama będąc w Seulu kręciłam głową z niedowierzaniem jak to możliwe, że nie jest im zimno ;D
    Twoje zdjęcia przywołały wiele wspomnień z mojego życia tam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic się w tym temacie od zeszłego roku nie zmieniło, wygląd jest nadal priorytetem!
      Pozdrowienia!

      Usuń
  7. Super wpis, dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy!
    Ja tam wolę długi płaszcz i wyglądać jak ponton niż takie klapeczki, przecież to głupota! A z tego co piszesz, to temperatury naprawdę są konkretne!
    Bardzo zaskoczył mnie brak zapisów do lekarza! U mnie w przychodni są zapisy TYLKO online, system restartuje się równo o północy i zbiera zapisy nie na ten, tylko na kolejny dzień, ale wierz mi, że rano nie ma już żadnych miejsc. Więc musiałam w niedzielę siedzieć do północy, by zapisać się nie na poniedziałek, lecz na wtorek. MASAKRA. Super sprawa z tymi odmierzonymi lekami, takie resztki zawsze zostają i nie wiadomo co z nimi zrobić. Jestem też w szoku, że gotowanie ryżu w garnku to tam abstrakcja :D Super wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że wpis był interesujący! Z tymi zapisami do lekarza szczerze współczuję, a koreańskim sposobem na sprzedaż leków jestem zachwycona (coś podobnego można zobaczyć też na amerykańskich filmach :))

      Usuń
    2. O, to nie zwróciłam uwagi na filmach :)

      Usuń
  8. Te klapki to faktycznie wymiatają ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Osobiście jako pracownik służby zdrowia poczułam dziką fascynację sposobem koreańskiej przychodni <3 nie wyobrażam sobie tego w PL.... Normalnie do 14 pracuję w szpitalu i chodzę do przychodni na 3 h od 15-18 i wiem , że ludzie by mnie zeżarli gdyby nie było zapisów - teoretycznie przez 3 h powinnam przyjąć 18 pacjentów i tyle jest zarejestrowanych a zwykle jest to ok 30 mój rekord to 36 osób . Reszta to tak zwane "Pandy" - pytają czy ich przyjmę zwykle przyjmuję, ale kiedy ktoś przychodzi po 18 to szlag mnie trafia... Czasem przychodzę wcześniej do pracy i widzę jak się zachowują pacjenci - jak bydło , wyzywają rejestratorki , kłamią , przepychają się... U nas by nie przeszło... Ale sposób z lekami - genialny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, w polskiej służbie zdrowia wiele należałoby poprawić, ale jakoś nie ma chętnych do przeprowadzenia takich zmian... W tej naszej przychodni lekarz szybko osłuchuje pacjenta, zagląda do gardła, mówi "grypa" i tyle - koniec wizyty po 2 minutach, dlatego wszystko idzie bardzo szybko i sprawnie.

      Usuń
  10. Ależ ciekawy post! Tak, klapki wymiatają, a sluzby drowia pozazdrościć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Klapki są tu kultowym obuwiem na każdą porę roku!

      Usuń

Copyright © 2016 Kociamber w podróży , Blogger