Maski w płachcie inne niż wszystkie, cz. 1



Mimo, że maski w płachcie już na dobre zadomowiły się na naszym rynku i nawet rodzime firmy zaczęły je produkować (chociaż nad jakością trzeba jeszcze trochę popracować ;)), to w porównaniu do rynków azjatyckich - mam tu na myśli np. Koreę, Japonię, Tajwan - ich różnorodność jest jeszcze bardzo, bardzo mała. Polskie sklepy sprowadzają przede wszystkim najtańsze linie masek od popularnych producentów sprzedając je po kilkanaście złotych za sztukę, lub w ramach urozmaicenia maseczki z kolorowymi nadrukami słodkich zwierzaków. A tymczasem w Korei zwierzątka były hitem dobre kilka lat temu i teraz producenci dwoją się i troją, aby wypuścić na rynek nowość i zwrócić na siebie uwagę klientów. Dlatego postanowiłam rozpocząć cykl wpisów z ciekawymi maskami - oferującymi coś więcej niż tylko płachta nasączona esencją - i dziś przedstawię pierwsze trzy takie nietypowe maski. W zapasie mam kolejne 3 już zakupione oraz kilka pomysłów na następne, więc cykl ma szansę się rozwijać :)






Wszystkie osoby lubiące maski w płachcie zachęcam do przeczytania mojego postu z 10 radami, jak wzmocnić działanie masek w płachcie, może się przydać! A jako pierwsza zaprezentuje się maska z akupresurą, czyli:


Mediheal Black Chip Circle Point Mask

 

 


Mediheal to popularna w Korei marka masek w płachcie, ich oferta jest bardzo szeroka i łatwo dostępna w drogeriach. Maska z akupresurą pojawiła się na rynku w tym roku w trzech wersjach: niebieska Aqua Chip, złota Golden Chip i różowa Black Chip. Ja kupiłam sobie różową - wg producenta to wersja zapewniająca głębokie nawilżenie i promienną skórę, ale mi spodobało się, że niacynamid jest już na 3-cim miejscu w składzie, a po nim peptydy, kilka ekstraktów, kolagen, sok z aloesu, kwas hialuronowy, więc skład bardzo kuszący.

Czym wyróżnia się ta maska?
Na płachcie ma umocowane plastikowe czipy, które rozmieszczono w miejscach tradycyjnie masowanych / uciskanych podczas akupresury. Czipów jest 10, a ich rozmieszczenie nie jest przypadkowe:

2 pomiędzy brwiami - zrelaksowanie oczu i zmniejszenie opuchlizny
2 przy skroniach - redukcja zmarszczek i ujędrnienie skóry wokół oczu
2 pod oczami - wzmocnienie i ujędrnienie skóry
2 po obu stronach nosa - usprawnienie krążenia, poprawa odżywienia skóry, usunięcie toksyn
1 nad górną wargą - rewitalizacja skóry
1 na brodzie - wyrównanie poziomu żeńskich hormonów, zapobieganie przedwczesnemu starzeniu

Poza tym to standardowa, cienka płachta o bardzo dobrym dopasowaniu, nasączona mleczną, dość rzadką esencją, bez zapachu.

Maskę nałożyłam na oczyszczoną i stonizowaną twarz, kierując plastikowe wypustki w stronę skóry. Delikatnie dociskając czipy do skóry zaczęłam masaż, kręcąc małe kółeczka - najbardziej wyczuwalne (o największym nacisku) były punkty przy brwiach i przy ustach, a te na policzkach czułam dość słabo. Przyjemne uczucie odprężenia dało uciskanie punktów przy oczach i na brodzie, a reszta właściwie nie dała żadnych odczuwalnych rezultatów. Pomasowałam się kilka razy z przerwami, a następnie zostawiłam maskę na twarzy (zaczęła wysychać po ok. 40 min). Po zdjęciu maski resztki esencji dość szybko i całkowicie się wchłonęły, bez lepkiej warstwy, a pozostałą w opakowaniu esencję zużyłam jako serum na twarz i dekolt na drugi dzień.



Moja opinia
Maska oprócz przyjemnego odprężenia mięśni twarzy bardzo dobrze ją nawilżyła. Podoba mi się, że ten rodzaj maski niejako wymusza zajęcie się sobą i relaks - ja ze zwykłą maską na twarzy robię wszelkie czynności domowe, lub siedzę przed komputerem. Z czipową maską musiałam oderwać się od ekranu i zająć masażem. Dla pełnego relaksu można się położyć i puścić muzykę, wtedy odpoczynek mamy gwarantowany :)

Cena: ok. 12zł



Entia No Filter Camera Mask 


Kolejną maskę nazywam "instagramową", bo wg słów producenta po jej użyciu nie trzeba będzie już poprawiać swojego selfie, ani używać filtrów w aplikacjach. No Filter Camera Mask marki Entia zapewni nam rozjaśnioną i wygładzoną cerę dzięki dołączonej witaminie C, więc w realnym świecie będziemy wyglądać tak dobrze, jak na selfie ;)))

Ta maseczka dostępna jest w dwóch wersjach:

wersja żółta - brightening
wersja błękitna - nawilżająca waterbomb

Ja kupiłam żółtą - rozjaśniającą.


Czym wyróżnia się ta maska?
Do opakowania z maską dołączono plastikowy pojemnik z witaminą C w proszku, dzięki której cera ma zyskać zdrowy i wyrównany koloryt. Proszek jest biały i bardzo drobny, należy go wmasować w skórę przed nałożeniem maski w płachcie.

Po oczyszczeniu i stonizowaniu cery wysypałam proszek na dłoń i zaczęłam nakładanie. Trochę się osypywał, ale w momencie zetknięcia ze skórą zmieniał się w kremową esencję (od razu przypomniały mi się szminki w proszku RiRe, które recenzowałam tutaj). Dzięki tej magicznej zmianie łatwo było go rozmasować na skórze, a jego ilość wystarczyła akurat na całą twarz. Na tak przygotowaną cerę należy od razu nałożyć maskę. Płachta wykonana jest z miłego w dotyku, śliskiego materiału i ma bardzo dobre dopasowanie. Mlecznej esencji o pięknym, kwiatowym zapachu jest dużo w opakowaniu. Maska zaczęła wysychać po ok. 45 min. Po jej zdjęciu wklepałam resztki esencji, ale i tak cały czas czułam nieprzyjemną klejącą warstwę. Jeszcze po godzinie od zdjęcia maski moja twarz była oblepiona esencją, więc po prostu zmyłam ją wodą i zastosowałam tonik i krem.



Moja opinia
Mimo pewnych obaw, użycie proszku okazało się łatwe i nie aż tak brudzące. Maska dała efekt niewielkiego rozjaśnienia cery i bardzo dobre nawilżenie. Jednak pozytywne aspekty zostały przyćmione tą nieszczęsną klejąca warstwą esencji, która została po masce, więc nie planuję ponownego zakupu.

Cena: ok. 12zł



I'm sorry for my skin - Black Mud Mask


Marka Ultru ma w swojej ofercie kilka rodzajów masek, te najbardziej znane to właśnie I'm sorry for my skin z dość niespotykanymi grafikami na opakowaniu: mamy tu dym z papierosa, kawę, słodycze i piwo. Pomysł jest taki, że maseczki mają naprawić wszelkie szkody i grzechy, jakie popełniamy wobec naszej skóry i z powodu których jest nam przykro ;) Moją ulubioną maską jest jednak Black Mud Mask i to o niej zaraz poczytacie.

Czym wyróżnia się ta maska?
To ciekawe połączenie maski w płachcie z glinką. O zaletach glinek nie muszę chyba się rozpisywać, ale w Korei nie są one aż tak łatwo dostępne i popularne, jak w Polsce. Stąd moje zdziwienie i chęć przetestowania tej maski, bo glinka świetnie oczyszcza tłustą cerę. Główne składniki to kaolin, popiół wulkaniczny oraz bentonit, więc maska ma silne działanie oczyszczające i usuwające nadmiar sebum.

Black Mud Mask to tradycyjna maska z mikrofibry, która pokryta jest cienką warstwą glinki. Całość składa się z dwóch części i dla bezpieczeństwa umieszczona jest pomiędzy dwoma plastikowymi osłonkami. Po umyciu i stonizowaniu twarzy oraz zabezpieczeniu okolic oczu i ust tłustym kremem założyłam maskę. Nie jest to trudne: najpierw usuwamy grubszą, białą plastikową osłonę, odsłaniając maskę z glinką. Przykładamy ją glinką do twarzy, dopasowujemy i dopiero wtedy zdejmujemy drugą, cieńszą plastikową osłonkę. W ten sposób postępujemy z górną i dolną częścią maski. Dopasowanie jest bardzo dobre, chociaż maska jest trochę za długa, jak dla mnie. Co ciekawe maska ładnie i delikatnie pachnie. Producent zaleca trzymać ją ok. 30-40 min aż do pełnego wyschnięcia. U mnie maska zaczęła wysychać po ok. 10-15 min, a trzymałam ją ok. 40 min. Po zdjęciu maski należy zmyć resztki glinki, których nie zostaje wiele na twarzy, więc cała operacja jest znacznie prostsza i czysta w porównaniu do tradycyjnej maski glinkowej.



Moja opinia
Black Mud to jedna z moich ulubionych masek i na pewno zrobię jej zapas przed wyjazdem z Korei! Szybko i bez większego bałaganu pozwala osiągnąć wszystkie korzyści maski z glinką - łagodnie oczyszcza pory, zbiera nadmiar sebum, wygładza powierzchnię skóry, a przy tym jej nie przesusza. Zdecydowanie polecam ją cerom tłustym i mieszanym.

Cena: ok. 12zł






Mam nadzieję, że podobał Wam się ten wpis, a wybrane przeze mnie maski okazały się ciekawe. Ceny, które podałam, to regularne ceny sklepowe w Korei (ale i tak każdą z tych masek kupiłam na promocji za połowę ceny), a internetowo maski dostępne są głównie na ebay'u oraz w niektórych sklepach (np. w en.koreadepart.com).  Kolejny post i następne maski będą jeszcze ciekawsze - zwłaszcza ta z chłodzącymi okularkami! Więcej nie zdradzę, bo muszę jej najpierw użyć :)


Pozdrawiam ciepło!
Magda





28 komentarzy:

  1. Z glinką brałabym w ciemno, bo to właśnie glinka to moja ulubiona maska:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry wybór! Z tej marki jest jeszcze maska z zieloną glinką - łagodząca, może kiedyś ją też wypróbuję.

      Usuń
  2. Ta z glinką fajna, Instagramowa szkoda, że jest ten lepki płyn bo dodatek w postaci proszku fajny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda zwłaszcza, że niewielkie rozjaśnienie cery jest widoczne i też dobrze nawilża.

      Usuń
  3. Glinkowa mglaby mi sie sodobac, ale mysle ze chyba jednak glinka w sloiczku jest szybsza w nalozeniu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wszystko zależy od wprawy i przyzwyczajenia. Za to zdjęcie i umycie twarzy szybsze przy płachcie (ale mniej eco-friendly).

      Usuń
  4. Świetne pomysły na maski, ta z akupresurą zbiła mnie z tropu- nigdy bym na coś takiego nie wpadła! Jak zawsze, Korea daje czadu jeśli chodzi o oryginalne pomysły:)

    OdpowiedzUsuń
  5. U Ciebie zawsze same cuda i nowości
    Ah! Jak ja tęsknię za Seulem i szperaniem po kosmetycznych sklepach <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy Twojej ilości podróży na pewno jeszcze odwiedzisz Seul!

      Usuń
  6. Niesamowicie ciekawe te maseczki, juz sam wyglad swiadczy o originalnosci ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajne maski, oryginalne, a ta z czipami szczególnie mnie zainteresowała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oprócz czipów jeszcze całkiem dobrze nawilża skórę, więc jest naprawdę warta uwagi.

      Usuń
  8. O mega ciekawe :D u nas są już te z mudem -skin79 i apriskin ale póki co żadna jakoś tyłka nie urwała - mało w nich tego błotka :D .Najciekawsza wydała mi się ta z akupunkturą :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej mojej nawet trochę błotka było :) A akupunktura była rzeczywiście bardzo fajna!

      Usuń
  9. Mimo tego, że siedzę w azjatyckich kosmetykach nie od dziś, to takich cudów nie miałam jeszcze okazji zobaczyć :D

    Wpis jest świetny i bardzo pomysłowy - dobrze mi się go czytało, no i dowiedziałam się znowu kilku nowych rzeczy - najbardziej zaintrygowała mnie maska z akupresurą - niby coś oczywistego z tym uciskaniem odpowiednich miejsc na twarzy, ale za to forma niesamowita! W życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby stworzyć coś tak wymyślnego :D

    Zaciekawiła mnie również ostatnia maski, ale chyba się na nią nie skuszę bo trochę za dużo z nią zabawy - poza tym w Polsce mamy łatwy dostęp do różnych glinek i wolę nakładać je samodzielnie. A właśnie - jesteś pewna, że chodzi o glinkę, a nie o błoto. Bo jeśli tak, to nazwa tej maski jest bardzo myląca xD

    Sakurakotoo ❀ ❀ ❀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację - w Polsce jest tyle różnych rodzajów glinek, że prościej jest sobie kupić dobrą maskę glinkową. Ta maska co prawda nazywa się Black Mud, ale w składzie ma kaolin i bentonit, więc to w sumie glinka. Koreańskim producentom nie należy do końca ufać, jeśli chodzi o nazewnictwo produktów :)

      Usuń
  10. Najbardziej mi się podoba maska z czipami, widziałam je już parę razy i w końcu kiedyś muszę się zebrać i zakupić ją. Oj mają oni sporo ciekawych masek chociażby z oozoo czy jak to ta marka się zwała, albo te strzykawki bodajże z tonymoly.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, ciekawostek jest dużo, ale czasami to po prostu przerost formy nad treścią :)

      Usuń
  11. Byłam pewna, że dodawałam Twojego bloga do obserwowanych, a tu dziś zdziwienie :)
    Fajne te maseczki, ale żadnej z nich nie miałam okazji używać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się, bo żadna z nich nie jest łatwo dostępna poza Koreą - najczęściej można je kupić na eBay'u.

      I witam u siebie! :D

      Usuń
  12. Ta pierwsza jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, że ciekawa? Widzę po komentarzach, że zainteresowała wiele osób!

      Usuń
  13. Świetny wstęp :))) odnoszę wrażenie, że edukacji w takim wydaniu nigdy dość. Czekam na kolejne wpisy z tej serii.
    Sama najczęściej sięgam po pakiet masek w płacie z Beauty Diary, to moje ulubione i jakoś nie szukałam nic innego. Za to jakiś czas temu w Douglasie były dostępne genialne maski w płacie ze szwajcarskiej firmy. I bardzo żałuję, bo zniknęły z oferty :( Taką formę pielęgnacji uwielbiam na wszelkie mobilne okazje :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja dopiero zaczynam swoją przygodę z maseczkami w płachcie. Fajnie mi się ich używa i jestem otwarta na coś zupełnie nowego, czego wcześniej nie widziałam. Dziękuję za ten wpis, bez niego bym nigdy pewnie nie zobaczyła na oczy takich maseczek jakie przedstawiłaś :D Dołączam bardzo chętnie do obserwujących. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Ta z glinką bardzo mi odpowiada :) Za to ta z czipami mnie mocno zainteresowała.
    Czekam na kontynuację serii :)

    OdpowiedzUsuń
  16. wow świetne maski, tą pierwszą z wypustkami i trzecią z glinką bardzo bym chciała mieć, maski całkiem inne niż do tej pory miałam :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kociamber w podróży , Blogger