Zakupy kosmetyczne w Japonii, cz. 1


Dawno, dawno temu obiecałam post o japońskich ciekawostkach kosmetycznych. Długo mi to zajęło, ale wreszcie jest. Zapraszam!






Jedną z pierwszych różnic pomiędzy japońskim, a koreańskim rynkiem kosmetycznym łatwo zauważyć już przy pierwszym spacerze po Tokio. A mianowicie nie widać tutaj tzw. roadshop'ów (sklepów sprzedających tylko produkty jednej marki), tak popularnych w Korei. Oczywiście w Tokio można znaleźć sklepy firmowe np. DHC lub Fancl, ale nie jest to tak wielka ilość, jak np. sklepy Missha, It's Skin, Nature Republic, czy Innisfree, wszechobecne przy koreańskich ulicach. W Japonii zdecydowanie królują drogerie!

W porównaniu do drogerii koreańskich, po wejściu do sklepu w Tokio miałam wrażenie cofnięcia się w czasie o dobre 15-20 lat! Mam tu jednak na myśli typowe, japońskie apteko-drogerie, tj. Matsumoto Kiyoshi czy KokoKara, a nie ekskluzywne butiki kosmetyczne w drogich dzielnicach, czy stoiska luksusowych marek zachodnich i japońskich, jakie znajdziecie na parterze każdego domu towarowego.

Wejściu do japońskiego sklepu kosmetycznego po raz pierwszy towarzyszy uczucie całkowitego oszołomienia! Jest ciasno, z głośników lecą reklamy, sprzedawcy pokrzykują, tłumy klientów (turystów) przepychają się pomiędzy regałami, a półki zastawione są od podłogi do sufitu buteleczkami i kartonikami we wszystkich kolorach tęczy i z napisami w dziwnych krzaczkach. Jak tu cokolwiek odnaleźć? Zastanowić się w spokoju?

Największą siecią kosmetyczną jest Matsumoto Kiyoshi, której sklepy w charakterystycznym żółtym kolorze można znaleźć w dużych i małych miastach (w mojej dzielnicy, w promieniu 500m są aż 3!). Mają tradycyjny układ z apteką na parterze i kosmetykami na piętrze (lub w piwnicy). Półki ustawione są ciasno, produktów na nich jest dużo, wszystko sprawia wrażenie lekkiego chaosu, zwłaszcza jeśli jest to sklep w popularnym wśród turystów miejscu. Tu warto dodać, że sklepy Matsumoto Kiyoshi szturmowane są przez turystów z Azji, szczególnie z Chin, Filipin, Wietnamu itp. Spotykam w nich całe rodziny robiące wielkie zakupy duty free (są osobne kasy do zakupów bezcłowych) i wychodzące obładowane siatami.








Jeśli planujecie wycieczkę do Tokio, polecam Wam moją ulubioną sieć drogerii Ainz&Tulpe, które niczym nie różnią się od nowoczesnych sklepów zachodnich. Królują w nich oczywiście marki japońskie, ale warto zajrzeć do szaf L'Oreal, Revlon, czy Maybelline lub na półki z La Roche Posay czy Avene, bo ich oferta na rynek japoński jest nieco inna, niż na zachodni. Poza pielęgnacją twarzy, ciała i włosów oraz makijażem, w drogeriach znajdziecie duży wybór soczewek kontaktowych w wielu kolorach, parasolki przeciwsłoneczne i kapelusze, suplementy diety, latem - gadżety do schłodzenia ciała, a zimą - do ogrzania.

Fanki kosmetyków naturalnych muszą zajrzeć do sklepów Cosme Kitchen, w których oprócz wielu organicznych produktów japońskich, jest też duży wybór kosmetyków zagranicznych (szczególnie marki niemieckie, tj. dr Hauschka, Logona, Weleda, Lavera są bardzo popularne). To kolejna różnica między Japonią, a Koreą, w której produkty naturalne są raczej niszowe i ciężko je znaleźć.

Rozpisałam się na temat sklepów, ale zdarza mi się dostawać pytania na Instagramie od dziewczyn wybierających się na wycieczkę do Japonii, gdzie i jakie kosmetyki warto kupić. Jest to więc moja odpowiedź na pytanie gdzie, natomiast co warto kupić, to temat na dłuższy wpis :)







Zupełnie inaczej niż w Korei, japońskie drogerie nie dodają próbek kosmetyków, nawet do dużych zakupów. Wynika to z faktu, że próbki i zestawy mini produktów można kupić! Wiele marek oferuje zestawy 7-dniowe, składające się z miniaturek i saszetek wszystkich produktów z danej linii, które powinny wystarczyć na przetestowanie ich w ciągu tygodnia i pomóc w podjęciu decyzji o zakupie pełnowymiarowego opakowania. Podoba mi się to podejście, bo pozwala mi poznać wiele kosmetyków i sprawdzić, jak reaguje na nie moja cera. Ponadto, nawet nie oszczędzając jakoś specjalnie, często miniaturki wystarczają mi na znacznie dłużej niż tydzień (zwłaszcza nawilżające lotiony potrafią być bardzo wydajne).


Kolejna różnica pomiędzy krajami - w Japonii nie ma takiego szaleństwa wyprzedaży, jak w Korei, gdzie przynajmniej raz na kwartał (a często raz w miesiącu) jest wielka akcja i sklepy oklejane są plakatami informującymi o 30%, czy 50% obniżkach cen. Tutaj jest raczej cisza i spokój, żadnych wielkich obniżek, jeśli coś jest przecenione, to kwoty są symboliczne. Szkoda, bo w Japonii jest drogo. Droższy jest wynajem mieszkania i opłaty, bilety na metro, jedzenie i kosmetyki też. Na szczęście jest wiele marek oferujących wysokiej jakości produkty po rozsądnych cenach, ale i tak porównując do Korei - jest drożej.


Mam wrażenie, że Korea jest bardziej otwarta na nowinki i trendy kosmetyczne, niż Japonia. W Korei wręcz co chwilę pojawia się jakaś nowa marka, promowany jest nowy składnik, a firmy bacznie śledzą social media i szybko odpowiadają na zapotrzebowanie. W połączeniu z opisywanym wyżej szaleństwem wyprzedaży i promocji, rynek kosmetyczny przypomina czasem głośne i kolorowe wesołe miasteczko, w którym zawsze coś się dzieje. Natomiast Japonia pod tym względem jest znacznie spokojniejsza. Oczywiście i tutaj pojawiają się nowości, ale nie ma aż tylu nowych firm / marek, jak w Korei i nie wszystkie nowinki się przyjmują, np. w Japonii ciężko znaleźć produkty do mycia twarzy o niskim pH. Zapomnijcie jednak o stereotypie Korei, jako kraju oferującego jedynie kolorowe i fikuśne kosmetyki, a Japonii - bazujące na pradawnych recepturach, używanych przez gejsze. To marketingowa bajka, którą niektóre firmy lubią wciskać klientom. Niejedna miłośniczka naturalnej pielęgnacji złapałaby się za głowę sprawdzając składy kosmetyków w Japonii, a niejedna fanka mangi i anime oszalałaby ze szczęścia widząc tutejsze kiczowate i kolorowe pudełeczka z Pikachu i Sailor Moon.


Co łączy oba te kraje, to zamiłowanie do drogich marek zachodnich. Bogata Koreanka lub Japonka częściej kupi sobie krem Estee Lauder lub szminkę Diora, niż wybierze coś z oferty Sulwhasoo czy Shiseido. Nie raz słyszałam z ust koleżanek, że owszem ich lokalne luksusowe marki są dobre, ale nie tak dobre, jak zachodnie (które dodatkowo są symbolem statusu materialnego).


W Japonii, podobnie jak w Korei, rozwija się rynek kosmetyków kolorowych dla panów. Używanie lekkiego kremu BB, korektora czy pudru przez mężczyzn jest tu uważane za całkowicie normalne, zwłaszcza latem, podczas upalnej i wilgotnej pogody. Panowie poprawiają urodę również przed ważnymi wydarzeniami tj. rozmowa o pracę, imprezy rodzinne, czy ważna prezentacja w firmie. Jednak w porównaniu do Seulu, na ulicach Tokio o wiele rzadziej spotykam chłopaków z mocniejszym makijażem (oczy, brwi, usta).



Mam nadzieję, że kosmetyczne ciekawostki Was zainteresowały! Dajcie znać, jeśli są jakieś tematy, o których chciałybyście tutaj poczytać. W następnych wpisach postaram się przybliżyć konkretne marki lub kosmetyki japońskie, na które warto zwrócić uwagę.


Pozdrowienia!

Magda


10 komentarzy:

  1. Super, bardzo mnie zaciekawiłaś ♥️
    Chętnie przeczytam więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mi się podobało!
    Czekam na kolejne wpisy, szczególnie, że planuję wycieczkę do Japonii w kwietniu :)
    Wydaje mi się, że bez konkretnego planu co z kosmetyków chciałoby się przywieźć, można albo nakupować dziadostwa albo od nadmiaru bodźców, wyjść zdezorientowanym bez żadnych zakupów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To super! Na długo przyjeżdżasz?
      Niestety, taki plan dość ciężko zrobić, bo brakuje informacji innych niż w jęz. japońskim o tutejszych kosmetykach, ale gdybyś miała pytania - to pisz śmiało, postaram się pomóc!

      Usuń
    2. Spędziłam pół roku przed wyjazdem do Japonii na śledzeniu ich kosmetycznego rynku ;)

      Usuń
  3. Ooo fajnie, że reaktywowałaś bloga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może trochę za dużo powiedziane, ale postaram się tu częściej pojawiać :)

      Usuń
  4. Bardzo się cieszę, że napisałaś ten post ( i oczywiście czekam na więcej!) W Japonii faktycznie byłam oszołomiona grającymi w okół ekranami z puszczanymi głośno reklamami. Dzikie tłumy na Shibuyi w każdym sklepie - dopiero w Rose Mary w Ginzie mogłam spokojnie pooglądać wszystko. Z kolei w Korei przytłaczała mnie ilość tych samych marek - gdzie się nie obejrzysz tam Tony Moly, Missha i inne. Ciężko było mi znaleźć np. Bentona czy marki bardziej mnie interesujące. Z próbkami według mnie było słabo np w drJart dopiero przy zakupie 3 pełnowymiarowych produktów (z konkretnej lini) dostawało się zestaw próbek.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Kociamber w podróży , Blogger