Ciekawostki i zdjęcia z Seulu


Już dawno temu zapowiadałam ciekawostki z Seulu, a tymczasem na blogu cisza - wciągnęła mnie nauka, która wcale nie jest łatwa. Dziś zapraszam Was na kilka słów o tym, co u mnie słychać, jak nam się żyje w Korei, a do tego zapowiadane ciekawostki i zdjęcia!
 


Tak, chodzę do szkoły i uczę się koreańskiego. Jednak zamiast na zajęcia np. dwa razy w tygodniu, zapisałam się do regularnej szkoły z codziennymi lekcjami od 9.00 do 16.15. Wstaję więc rano, wyprawiam moje dzieciaki do szkoły, a pół godziny po nich wychodzę sama i wracam przemaglowana i zmęczona po południu. Nie ma lekko - codziennie muszę robić zadania domowe i uczyć się na cotygodniowe testy sprawdzające. Czuję się jak dziecko w szkole! Niestety nie jestem wybitnie utalentowana językowo i dość ciężko mi przychodzi nauka - zwłaszcza wymowa i rozumienie ze słuchu sprawiają mi problemy. Pisownia i alfabet nie są trudne - w porównaniu do chińskiego, czy japońskiego to właściwie bułka z masłem (Hangul - czyli koreański alfabet, składa się z 24 podstawowych znaków, które łączy się w różnych konfiguracjach), gramatykę też da się opanować, ale ilość nowych słówek do nauczenia mnie dobija. To wszystko plus codzienne życie i obowiązki domowe sprawiają, że właściwie nie mam czasu na blogowanie - nie czytam, nie piszę, czasami uda mi się w przelocie przejrzeć nagłówki obserwowanych blogów w Blogerze lub Feedly. 

wieczorna nauka


Ale dosyć już o mnie, bo na pewno jesteście ciekawe Seulu i tych wszystkich kosmetycznych cudów, które kuszą tu na każdym kroku :) Tak właśnie jest - jedną z pierwszych rzeczy, która rzuciła mi się w oczy, to wielka ilość sklepów kosmetycznych, nie tylko drogerii, ale też sklepów danej marki. W każdej dzielnicy, na każdej stacji metra, przy większej ulicy, ale i przy małej znajduje się po kilka sklepów firmowych np. Tony Moly, Nature Republic, Innisfree i do tego drogeria np. Olive Young. Zdarza się też, że te same sklepy są w bliskiej odległości od siebie, np. na tej samej stacji metra są 2 sklepy Missha. Do tego regularne promocje, gratisy, oferty specjalne powodują, że ciężko jest przejść obojętnie. Ja pozwalam sobie jedynie na kupowanie większej ilości maseczek w płachcie, bo są tanie i dobre, a większe kosmetyki typu serum, esencja, tonik itp. tylko w razie potrzeby. Mimo tego aktualnie mam w użytku 3 esencje, 3 toniki i 3 serum, bo nie potrafiłam się opanować po przylocie tutaj, a już kusi mnie nowe serum z czarnej herbaty w Tony Moly, obniżki 50% w Skinfood (serum Black Sugar) lub jesienne nowości w Innisfree. Nie ma lekko, oj nie ma ;)))





są też polskie akcenty :)






Do wielu rzeczy, które na początku mnie dziwiły, zdążyłam się przyzwyczaić, np. do metra. Miasto tej wielkości co Seul potrzebuje sprawnej komunikacji i metro ją zapewnia - linii jest dużo, jeżdżą często i są dobrze oznaczone, ale i tak rano jest niezły tłok. Ludzie wpychają się na siłę, kiedy wydawałoby się, że nikt już się nie zmieści, często w ruch idą łokcie i kolana, ale nikt nie mówi przepraszam - to przecież normalne, że w metrze jest tłok, więc po co przepraszać? Wielu obcokrajowców to drażni, ale po prostu trzeba się przyzwyczaić.

rano, w drodze do szkoły


Jest drogo. W porównaniu do Warszawy, czy do Izmiru dużo droższa jest żywność, szczególnie w stylu zachodnim, czyli chleb, ser, szynka, mleko, jogurt, itp.; wynajem mieszkania oraz opłaty, np. prąd (latem nie da się żyć bez klimatyzacji, a zimą bez ogrzewania); ubrania, buty i akcesoria. Co prawda w wielu przejściach podziemnych funkcjonują pasaże handlowe z niskimi cenami i całkiem fajnymi ubraniami, ale są to najczęściej rzeczy "one size" pasujące na większość Koreanek (ale nie na mnie), a maksymalny rozmiar buta to 39. Ceny kosmetyków są różne, od bardzo niskich, do super wysokich, oczywiście najlepiej kupować podczas promocji. Cena pojedynczego przejazdu metrem to ok. 4,5zł. 

Co jest tanie? Alkohol! Popularna wódka sodżu (chociaż dla mnie to raczej bimber :)) kosztuje od kilku złotych za 250ml, a moje ulubione winko śliwkowe 14zł (ale mogłabym kupować inne, o połowę tańsze), lokalne piwa też nie są drogie, ale ich nie próbowałam. Tanie jest też jedzenie na mieście, jeśli stołujemy się w małych, rodzinnych restauracjach lub w budkach typu street food i nie w pobliżu bardzo turystycznych miejsc. Można naprawdę dobrze i dużo zjeść za ok. 10-15zł. Oczywiście jest wiele znacznie droższych restauracji, ale wystarczy chwilę poszukać, żeby znaleźć coś taniego. 

po koreańsku

po japońsku
i jeszcze raz po koreańsku


Miasto bardzo mi się podoba, dużo się w nim dzieje, trudno by było pójść na wszystkie festiwale, koncerty czy wystawy, bo tyle tego jest. Poza tym Seul otoczony jest górami, więc w weekend można sobie zrobić fajną wycieczkę i trochę się powspinać! To tutaj bardzo popularny sport wśród emerytów - na szlaku starsi państwo wystrojeni są w kolorowe ubrania techniczne: oddychające koszulki i spodnie, lekkie i nieprzemakające kurtki, czapki z dużym daszkiem, wypasione buty górskie,  plus obwieszeni są przeróżnymi gażdżetami, typu latarki, GPS-y, przenośne radyjka, przypięte do bajeranckich plecaków. Młodzieży w ogóle nie widać (siedzi w szkole i się uczy), a nasza rodzina zawsze budzi spore zainteresowanie i na każdym postoju ktoś nas zaczepia i zaczyna rozmowę: a skąd jesteśmy, co robimy, ile lat mają dzieci, a że zna Polskę, albo był w Polsce, albo coś słyszał, etc.


 






początek szlaku, jeszcze jest miło :)

nasza rodzina zazwyczaj budzi zainteresowanie na szlaku :)
 




Oczywiście to rzecz gustu, ale uważam Koreanki za ładne i stylowe dziewczyny. Większość nosi długie, proste włosy, często z grzywką, a druga popularna fryzura to long bob - długość do ramion. Okazuje się jednak, że nie zawsze takie piękne, proste włosy są dziełem natury - najpopularniejszy w Seulu zabieg fryzjerski, to prostowanie włosów plus delikatna trwała na końcówki, w rezultacie włosy zawsze wyglądają jakby były świeżo wymodelowane. Jeśli kolor - to rozjaśnianie do brązu, który jest dosyć charakterystyczny (przebija marchewka, widać to na zdjęciu głów z metra). Co ciekawe farbują się też panowie, najczęściej na czarno, żeby ukryć siwiznę (i to tacy mocno starsi też są pofarbowani), ale brązy też widać.  Dziewczyny tu nie wstydzą się poprawiania urody na oczach innych - robienie pełnego makijażu czy noszenie wałka na grzywce w metrze, to nie problem. Można sobie sprawić taki specjalny podgrzewany wałek na USB :)




Zrobienie zakupów internetowych lub płatności internetowej to droga przez mękę! Wydawać by się mogło, że Korea - taki rozwinięty kraj, to wszystko będzie super działać, ale tak nie jest. Wiele firm korzysta tylko z Internet Explorera i ich strony są dostosowane do tej przeglądarki, nie ma opcji zmiany języka na angielski i nie da się automatycznie przetłumaczyć strony (tak jak to robi Chrome). Koreańczycy lubią wrzucać pełno dodatkowych informacji, co powoduje, że strona robi się mało czytelna. Google Translator nie radzi sobie z koreańskim i próba tłumaczenia kończy się fiaskiem (albo wybuchem śmiechu). Banki nakładają miliony zabezpieczeń i certyfikatów, żeby zrobić najprostszy przelew trzeba wpisać kilka haseł, nie można ustawić listy stałych odbiorców, czy stałych zleceń (dla bezpieczeństwa). A z drugiej strony płacąc kartą w sklepie czy restauracji kasjer sam podpisuje za nas - stawiając X lub V (podpisujemy się na okienku wyświetlacza, a nie na papierowym wydruku z karty) i nikogo nie interesuje, czy podpis jest zgodny z kartą, czy nie.

Niestety Koreańczycy słabo mówią po angielsku. Wiem, że to bardzo ogólne stwierdzenie, ale ciężko jest znaleźć kogoś mówiącego w miarę płynnie - najczęściej są to osoby, których rodziców było stać na opłacenie studiów w USA. Dlatego Korea inwestuje w naukę języka w szkołach podstawowych - nauczycielom z zagranicy opłaca się przylot, mieszkanie i rachunki, ubezpieczenie zdrowotne, oczywiście dostają też pensję. Szkoda, że ten program dotyczy tylko native speakerów, bo może przekwalifikowałabym się na nauczyciela :) A tymczasem męczę mój koreański, żeby się jakoś dogadać.

Jeśli chcecie poznać jeszcze więcej ciekawostek o Korei - koniecznie zajrzyjcie do Karoliny (klik), która niedawno opisała swoją historię i życie w Korei.



Czego jeszcze chcielibyście dowiedzieć się o Korei? Dajcie znać! Nie wiem kiedy - ale napiszę :)

Pozdrowienia!
Magda


13 komentarzy:

  1. Milo widziec nowa notke :D Czyzbys wpadla w szal kupowania maseczek w plachcie ? :P ja mam ich juz z 50 i nie wiem kiedy zuzyje .. chociaz moj maz tez je podkrada ;) a potem sie dziwie ze mi brakuje jakies konkretnej :P Powodzenia z koreanskim ;) Na poczatku nie jest latwo ale potem pikus ! Dzieki za podlinkowanie mojego bloga ;) Buziam i do zobaczenia na jakies kawce niedlugo ! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W szał to może nie - ale kupuję, a potem nie chce mi się ich używać :)
      Do zobaczenia, kawka koniecznie!

      Usuń
  2. Aż ci zazdroszczę tego poznawania świata :) jedzonko wygląda mega :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jedzenie wygląda cudownie, chciałabym spróbować! A jak Twoja cera reaguje na ekstremalny klimat? Może kolejny post o pielęgnacji i kosmetykach?

    Całusy,
    Anka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno będzie coś pielęgnacyjno- kosmetycznego w następnym wpisie, jak tylko uda mi się go stworzyć :)
      Z cerą już dużo lepiej, ale na początku wilgoć i upał wybitnie mi nie służyły.

      Usuń
  4. Świetny wpis! :) Piękne zdjęcia ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam każde słowo, ale przeczytam jeszcze raz :))))
    Same ciekawostki :))) bardzo interesujące!

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurcze, jak ja tęsknię za tą Koreą... Tyle było do obejrzenia, i, tak jak mówisz, ta różnorodność terenu. Na weekend jechaliśmy dwa przystanki autobusem i już byliśmy w górach. Heh.
    Trzymam kciuki za ten koreański!:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Za naukę koreańskiego i w ogóle za szkolną mobilizację bardzo Cię podziwiam – mnie byłoby bardzo, baaaaaardzo ciężko zebrać się do czegoś takiego! I też mi języki mocno średnio wchodzą, to nie moja bajka, choć bardzo żałuję. Wracaj do nas czasem, chociaż na krótkie nowinki :)). Ja w Seulu pewnie w pierwszej kolejności rzuciłabym się na salon Innisfree, a w drugiej: na jedzenie. Hmm, a może odwrotnie? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja właśnie to zrobiłam - zaczęłam od Innisfree i jedzenia :))

      Usuń
  8. A ja Ci zazdroszczę tej podróży i nauki pilnej. Świetna sprawa! Teraz pewnie masz czasem dosyć i trochę, ale pomyśl, ile się nauczysz, jak szybko poznasz ten język! :-)

    Ciekawy wpis! Korea to dla mnie nieznane i egzotyczne miejsce. A kosmetyki sławetne z owego kraju dopiero zaczynam poznawać.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kociamber w podróży , Blogger