Peru i Boliwia 2006 - zaczynamy długą opowieść


Nasza podróż do Peru i Boliwii odbyła się już ponad osiem lat temu i była bardzo ważną podróżą - pierwszą tak daleką i pierwszą po powiększeniu rodziny o dwójkę dzieci. Teraz, jak o tym myślę z perspektywy czasu, to nie wiem, czy zdecydowałabym się ponownie, ale wtedy, po kilku latach siedzenia w pieluchach, byłam spragniona przygody i zmian. Moi rodzice zgodzili się zająć dwójką maluchów przez ponad 3 tygodnie, do pomocy przyjechała jeszcze teściowa (jak się potem okazało, to jej trzeba było pomóc, ale to całkiem inna historia), więc nawet jeśli miałam jakieś wyrzuty sumienia - szybko zostały one zagłuszone. Wyjazd zaplanowaliśmy w najdrobniejszych szczegółach, korzystając z przewodników i informacji w internecie. Jak się okazało był to pierwszy z wielu napakowanych do granic możliwości wyjazdów, kiedy wracam do domu zmęczona fizycznie, a wypoczęta psychicznie. Dlatego moją relację muszę podzielić na kilka odcinków, bo jest o czym pisać.  






Na początku musicie wiedzieć, że będą to raczej miłe wspomnienia z podróży, ale bez super dokładnych informacji np. na temat cen, bo po prostu już tego nie pamiętam. Tak jak prosiłyście - będzie więcej opisów, ale oczywiście zdjęć nie może zabraknąć. Tę podróż, jako jedną z niewielu, odbyliśmy razem ze znajomymi, czyli we czwórkę i muszę przyznać, że jest to optymalna liczba osób na podróżowanie po kraju, który tani nie jest (koszty zawsze dzieliliśmy na nasze 2 pary).


Podróż i przylot do La Paz

Dostać się do Boliwii wcale nie jest łatwo. Wybraliśmy Alitalię, która miała wówczas najtańsze bilety, więc lecieliśmy przez Rzym (a może przez Mediolan?) do Buenos Aires, w którym mieliśmy cały dzień przerwy i z Buenos do La Paz z międzylądowaniem po drodze. Do Argentyny przylecieliśmy wczesnym rankiem, a wylot był wieczorem, więc oczywiście skorzystaliśmy z okazji, żeby wyjść do miasta i zobaczyć boskie Buenos. Wcale nam się nie spodobało! Może to zmęczenie po długim, międzykontynentalnym locie, a może upał spowodowały, że Buenos wydało nam się miastem brudnym, zatłoczonym, chaotycznym i głośnym. Oczywiście poszliśmy na argentyńskiego steka do knajpy typu all you can eat, więc po obiedzie czas spędzaliśmy na ławce w parku, objedzeni do granic możliwości. Z ulgą wróciliśmy na lotnisko i wsiedliśmy do samolotu.

Po co było międzylądowanie? Trzeba było zmienić samolot na taki ze specjalnymi oponami, które pozwolą pilotowi bezpiecznie wylądować w La Paz, najwyżej na świecie położonym lotnisku pasażerskim. La Paz jest też najwyżej na świecie położoną stolicą (co prawda nieoficjalną, znajduje się tu jednak siedziba rządu i prezydenta), nawet stolica Tybetu przegrywa w tej rywalizacji. Wyobraźcie sobie, że po wyjściu z samolotu czujecie się jak na czterotysięczniku (a dokładnie na 4085m n.p.m.)! Głowa boli!

Nasz plan był taki, żeby nie tracić czasu w La Paz i od razu jechać porannym autobusem nad Jezioro Titicaca, zostać tam 2 dni, odpocząć po podróży, przyzwyczaić organizm do zmiany czasu i co najważniejsze - do wysokości. Wsiedliśmy więc w autobus ledwo przytomni gdzieś ok. 4-5 rano lokalnego czasu i przespaliśmy prawie całą drogę. To dobrze, bo jechaliśmy przez góry w deszczu i burzy, lokalnym autobusem, wolałam nie wiedzieć, co się dzieje dookoła.


Jezioro Titicaca - najwyżej położone jezioro żeglowne dla dużych statków i zarazem największe jezioro wysokogórskie na Ziemi, znajduje się na wysokości 3812 m n.p.m., a jego przeciętna głębokość wynosi od 140 do 180 m (maksymalna 281). Ma 190 km długości i 80 km w najszerszym miejscu. Powierzchnia jeziora wynosi 8372 km² (za wikipedią).  Wygląda jak morze i ma piękny, granatowo-niebieski kolor. 

Nasz odpoczynek zaplanowaliśmy na Isla del Sol, czyli Wyspie Słońca. Według legend Inków tutaj narodził się biały bóg Wirakocza oraz pierwsi Inkowie: Manco Capac oraz jego siostra, a zarazem żona Mama Ocllo, a także samo Słońce czyli Inti. Wyspa ta jest wciąż miejscem świętym dla zamieszkujących Boliwię oraz Peru Indian Ajmara i Keczua. 

Kiedy po kilkudniowej podróży najpierw samolotami, a potem trzęsącym się autobusem wysiedliśmy na przystani Isla del Sol i wyładowaliśmy nasze plecaki, oczom naszym ukazała się kamienista ścieżka, ostro pnąca się w górę. Wszystkie hoteliki i hostele, w tym nasz, pobudowane są na szczycie wyspy - więc musieliśmy jeszcze wszystko wnieść tam na własnych plecach. 

Ale o co chodzi z tą wysokością? Choroba wysokościowa może pojawić się już na wysokości 2500 m n.p.m. i związana jest ze zbyt małą ilością tlenu w powietrzu (rozrzedzenie atmosfery) w stosunku do zapotrzebowania organizmu. Typowe objawy to ból głowy, nudności, wymioty, często osłabienie, brak apetytu i zawroty głowy. Ciężko stwierdzić wcześniej, jak nasz organizm zareaguje, bo jest to sprawa bardzo indywidualna i z naszej czwórki najbardziej cierpiała koleżanka, która była jednocześnie najbardziej wysportowaną spośród nas. A że Jezioro Titicaca położone jest na wys. ponad 3800m, więc organizm miał prawo się buntować. Indianie radzą sobie żując liście koki lub popijając mate de coca - czuli listki zalane wrzątkiem, gdyż roślina ta m.in. wpływa na poprawę dotlenienia krwi i mózgu oraz zapobiega obrzękom. Piłam herbatkę z koki - i świeże listki, i taką ze sklepu - powinna pobudzać jak kawa i jednocześnie dostarczać substancji odżywczych, ale jakoś nie zauważyłam dużego efektu (uwaga: takiej herbaty nie można wwozić do Polski).



lokalne ciemne piwko przed wypłynięciem na wyspę Isla del Sol

pierwsze zdjęcie Pań w melonikach

płyniemy

 
a teraz pod górkę

niektórzy wynajmują tragarzy
 
widok ze szczytu wyspy na przystań i jezioro

taras kawiarenki, gdzie podają mate de coca

pięknie


Z żalem żegnamy piękną wyspę i jedziemy do Arequipy, drugiego co do wielkości miasta w Peru (po Limie, stolicy kraju). Zachwyca nas jej położenie - miasto otoczone jest górami Cordillera Volcanica, a góruje nad nim wulkan El Misti (aktualnie śpi, ostatni duży wybuch - XV w), wysoki na prawie 6000m n.p.m. Dziwi nas wielka ilość żółtych taksówek Daewoo Tico, a nocne zwiedzanie klasztoru św. Katarzyny do dziś uważam za najciekawsze zwiedzanie obiektu sakralnego. Z Arequipy wyruszymy w naszą pierwszą wyprawę, ale jak na razie - zwiedzamy miasto:


źródło



 
 




Nocne zwiedzanie klasztoru:
 






Żeński klasztor św. Katarzyny założono w 1580r. i przyjmowano do niego jedynie dziewczęta i kobiety z najlepszych i najbogatszych rodów. Każda z nich mogła mieć swoją służącą, albo i kilka, a wstępując do klasztoru wpłacała "posag", który przeznaczano na ich utrzymanie. Zakonnicom nie brakowało wygód, czas spędzały np. na haftowaniu, tkaniu czy nauce gry na instrumentach. Ponieważ każda z nich miała swój domek, a w nim pokój dla służącej i małą kapliczkę, klasztor to właściwie całe miasteczko - są w nim ulice, place, dziedzińce, a całość otoczona jest wysokim murem. Odwiedzających nie wpuszczano - dziewczęta miały jednak swoje tajemnice, bo na terenie klasztoru znaleziono małe, dziecięce groby (chodzą plotki, że siostrzyczki spotykały się potajemnie z braciszkami z pobliskiego klasztoru męskiego). Dopiero pod koniec XIX wieku papież nakazał zmienić obowiązujące tam reguły - służące odesłano (lub mogły zostać i przyjąć święcenia) a zakonnice zajęły się modlitwą, a nie zabawą.






W następnym odcinku razem z Pedro i Eljaszem zwiedzimy:
  • wulkaniczne okolice Arequipy
  • zejdziemy do Kanionu Colca
  • będziemy wypatrywać kondorów
  • łykniemy adrenaliny podczas raftingu
  • sprawdzimy czy na Atacamie spadł deszcz


Dajcie znać, jak Wam się podobała taka forma relacji z podróży!


Pozdrowienia,
Magda












23 komentarze:

  1. Jeju, nigdy nie byłam w Peru i Boliwii. Piękne zdjęcia, panie w melonikach najlepsze :D.
    Taki taras kawiarenki - coś niesamowitego. 3 tygodniowa wycieczka musiała być niesamowita :) Czekam z niecierpliwością na dalsze części.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale Ci zazdroszcze takich podróży ! Super sprawa

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdjęcia są cudowne, ale chociaż nigdy nie byłam ani w Peru ani w Boliwii, to jestem pewna, że w rzeczywistości wszystko wygląda jeszcze piękniej.
    Już nie mogę się doczekać kolejnego odcinka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Musi być tam pięknie. :) Zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
  5. o jaaaaaa :) a mogłabyś w ostatnim odcinku napisać z czego zawsze korzystasz planując takie wycieczki? na co zwracasz uwagę itp? bo ja również planuję jakąś "egzotyczną" wyprawę, ale nie wiem za co się zabrać :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ah i pamiętam, że kiedyś pytałam o twoją pracę (związane z tym były różne ciekawe wyjazdy). mogłabyś w końcu zdradzić, co to za wspaniała praca? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Marzy mi sie podróż w tą część świata ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Masz rację, na zdjęciach nie wszystko wychodzi tak dobrze jak w rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale praca nie ma nic wspólnego z naszymi podróżami!
    Praca jedynie wysłała mnie 2x do Chennai, wszystkie pozostałe wyjazdy to nasze własne pomysły. A pracuję w dużej firmie z branży ransporcie morskim

    OdpowiedzUsuń
  10. Uwielbiam czytać taki relacje z podróży i czekam z niecierpliwością na kolejną część :)
    Mnie na taką daleką, egzotyczną wyprawę marzy się Sri Lanka :)

    OdpowiedzUsuń
  11. ja wiem wiem :) a pomysły super - na pewno skorzystam :)
    ale ciekawiła mnie ta praca, która wysłała cię właśnie do tej Chennai :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Justyna Wiśniewska30 stycznia 2015 20:27

    Mój wujo był w Boliwii, piękne widoki ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Aż nie wiem co napisać... wspaniałe miejsce i .. marzenie aby tam pojechać ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Bardzo lubię czytać te Twoje sprawozdania z podróży.
    Nigdy tam nie byłam, ale to jedno z tych miejsc, w które chętnie bym pojechała. Pamiętam jak wiele lat temu chodziłam na wykłady ks. Piotra Nawrota, który o tej części świata potrafił mówić godzinami, godzinami też mogłam słuchać muzyki Indian.

    http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/727201,niewiarygodne-odkrycie-poznaniaka-w-boliwii-misjonarz-prof-piotr-nawrot-o-muzyce-i-zyciu-indian,id,t.html?cookie=1

    OdpowiedzUsuń
  15. Pieknie. Ja mam pytanie - skad pomysl na ta podroz?:)

    OdpowiedzUsuń
  16. dziękuję za linka - właśnie sobie czytam!

    OdpowiedzUsuń
  17. Peru zawsze nas interesowało i było na podróżniczej liście, a jak Peru - to przy okazji Boliwia i tak to wyszło :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo, bardzo, bardzo mi się podobało. Piszesz ciekawie, bez zadęcia, przyjemnie w odbiorze. Nie wiem czy sama odważyłabym się na tak daleką wyprawę, ale uwielbiam relacje i programy o takich. :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kociamber w podróży , Blogger