Nie taki diabeł straszny - czyli rozjaśniłam włosy!!!

Zacznę od tego, że nad każdą zmianą włosową potrafię się zastanawiać tygodniami, a czasem i miesiącami. Zamęczam wtedy moje otoczenie wiecznymi pytaniami, czy może powinnam ściąć / zapuszczać / zafarbować / pocieniować, itp itd. Rozjaśnienie włosów też właśnie tak za mną chodziło i chodziło. Czytałam w necie, na blogach, pytałam koleżanek jak ich włosy zniosły rozjaśnianie i nie mogłam się jakoś zdecydować. Bałam się, że jak wreszcie doprowadziłam moje włosy do jako takiej normy - to rozjaśnieniem je zniszczę i połowa  z nich na pewno wypadnie.





Czemu chciałam rozjaśnić? Mój naturalny kolor to bardzo ciemno brązowy, taki prawie czarny. Nie jest to jednak kruczo-czarny jak u Hiszpanek czy Hindusek. Niestety szybko pojawiły się u mnie siwe włosy i jest ich coraz więcej, dlatego farbuję, a lata farbowania przeróżnymi szatynami, ciemnymi brązami itp specyfikami z drogerii sprawiły, że kolor mam po prostu czarny. No i wreszcie chciałam coś zmienić. Całkiem przypadkowo w podobnym czasie dwie osoby zajmujące się zawodowo stylizacją / wizażem powiedziały mi, że jaśniejszy kolor bardziej pasowałby do moich naturalnych kolorów i kształtu twarzy. I takiego właśnie bodźca potrzebowałam. Poszłam na naradę do fryzjerki, powiedziałam, że najbardziej zależy mi, żeby włosów nie zniszczyć i zgadzam się na słabsze rozjaśnienie, byle by włosy zostały w dobrej kondycji.

Na czarne, wielokrotnie farbowane włosy fryzjerka nałożyła mi rozjaśniacz na 9% emulsji. Trzymałam 40 min. Włosy jak na tyle warstw czarnego koloru rozjaśniły się bardzo dobrze - do pięknej żółtej pomarańczki. Po wysuszeniu przyszła kolej na farbę. Jeśli ktoś zna się na sprawach technicznych - mam mieszankę Welli, kolory 6/7 i 7/7 na 6% emulsji. Farba trzymana 30 min, zmyta, odżywka + stylizacja ( musiałam zrobić odpowiednie "wejście" do pracy :P ).

Oto efekty:

1. takie włosy miałam (zdjęcie trochę stare)


2. tak wyglądałam po rozjaśniaczu (zdjęcia z komórki, trochę za bardzo pomarańczowe)


3. taki mam kolor (zdjęcia w sztucznym świetle, w naturze kolor wyszedł taki karmelowy, dość ciepły odcień)






Na tyle, na ile mogę powiedzieć to teraz - moje włosy zniosły te zabiegi świetnie. Fryzjerka nie mogła się nadziwić - włosy w super kondycji, nie przesuszone, nie gumowate, nie wypadały, itp. Tak więc dziewczyny opłaca się wcześniej zadbać o dobry stan włosów! Zobaczymy jak będzie dalej, niestety podczas wyjazdu nie będę miała tyle możliwości kombinowania z różnymi maseczkami na włosy, co w domu. Jak na razie kupiłam Garniera Avodado + Karite na wyjazd i teraz myślę, jakie półprodukty zmieszczą mi się jeszcze do kosmetyczki :)


5 komentarzy:

  1. Jedyną przygodę z farbowaniem włosów miałam w podstawówce, kiedy to po kryjomu zdecydowałam się zrobić sobie bakłażanowe "pasemko" na grzywce... ;)Ale wiem, że od kiedy moja mama farbuje specyfikami roślinnymi (farby Sante i henna), jej włosy są w dużo lepszym stanie :)Może podczas wyjazdu trafisz na ciekawe indyjskie specyfiki do farbowania? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. o jaki ładny masz teraz kolorek :)



    Zapraszam do mnie, obserwujemy?



    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajnie i naturalnie wyglądający kolorek :)

    Pozdrawiam Koleżankę z Malinowego Klubu, dołączyłam do grona obserwujących :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Widzę, że będziemy testować ten sam krem :)
      Mój słoiczek dowiezie mój mąż do Indii, także krem przejdzie trudny test.
      Ja też dołączam :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kociamber w podróży , Blogger