Indie: pierwsze mycie proszkiem Meera


Dziś wreszcie zabrałam się za prezent od Priyi i umyłam głowę Meera Herbal Haiwash Powder, o którym pisałam Wam TUTAJ. Wg opisu na opakowaniu jest to mieszanka korzeni, kwiatów i liści z 7 ziół o działaniu chłodzącym, wzmacniającym i odżywiającym włosy. Zobaczmy więc czy tak zadziała i u mnie :)


Ponieważ nie wiedziałam dokładnie ile proszku powinnam zużyć na moje skrócone ostatnio włosy - do szklanki wysypałam całą saszetkę:



Zawartość to drobno zmielony proszek o jasnym, brązowym kolorze. Pachnie trochę ziołowo / przyprawowo - najbliżej mu chyba do zapachu kozieradki.

Proszek należy wymieszać z odpowiednią ilością wody, żeby powstała papka:


Miesza się łatwo, nie ma problemu z grudkami:


Takie ziołowe błotko należy nałożyć na mokre włosy, potrzymać chwilę, pomasować, spłukać. Można też zrobić masaż głowy.

Konsystencja błotka zaskoczyła mnie pozytywnie - obawiałam się, że szampon będzie się topornie nakładać, a okazało się, że pasta ma poślizg i właściwie niewiele się różni od zwykłego gęstego szamponu czy odżywki. Łatwo i szybko nałożyłam całość na mokre włosy, błotka miałam nawet za dużo, saszetka przeznaczona jest zapewne na długie włosy Hindusek. Potrzymałam ok. 2-3 min, wmasowując delikatnie w skórę głowy.


Zaczęłam spłukiwać i tu pierwsza nieprzyjemna niespodzianka - w miarę spłukiwania czułam, że moje włosy są mega szorstkie, porowate, mocno splątane. Tak jakbym użyła mardzo mocno czyszczającego szamponu, peelingującego wręcz. Spłukałam całe błotko i na głowie miałam skorupę mokrych, szorstkich włosów. Przestraszona trochę jak ja je doczeszę - nałożyłam maskę Gliss Kur Oil Nutritive (mała, żółta tubka, maska z olejkami ułatwiająca rozczesywanie długich włosów). Włosy natychmiast wypiły całą maskę, właściwie po minucie nie miałam czego spłukiwać, ale na szczęście nie było już tego efektu szorstkości, włosy były już dużo gładsze.

Ponieważ spieszyłam się na śniadanie, musiałam choć trochę się uczesać - i tu znowu przykra niespodzianka. Mimo użycia Gliss Kur - rozczesywanie szło bardzo topornie i na grzebieniu zostało dużo więcej włosów niż zwykle. A już włosów na przodzie głowy, gdzie nałożyłam mniej odżywki, nie mogłam rozczesać wcale.

Po wyschnięciu (naturalnie) przeczesałam włosy grzebieniem z szerokimi zębami - wielkiej tragedii nie było, ale znowu ich trochę wyrwałam... W dotyku wciąż szorstkie, oczywiście spuszone, ale przy tej pogodzie i wilgotności to u mnie normalne. Żeby trochę ograniczyć ten puch i szorstkość użyłam olejku Gliss Kur Hair Repair na końcówki. Ze względu na silikony w składzie używam go tylko na "wyjątkowe" okazje, a mycie proszkiem Meera się właśnie takie okazało... ;)

Mam jeszcze jedną saszetkę tego szamponu i już wiem, że po jego zastosowaniu nałożę wieeelką ilość Garniera Avocado i Karite (bo żółtej maski  Gliss Kur już nie mam), żeby odżywić włosy. Na następne saszetki Meera raczej się nie skuszę :)


To moje próby zrobienia sobie samej zdjęcia :)



bezpośrednio przy oknie

w pokoju


5 komentarzy:

  1. kiepsko :( może po prostu 2-3 minuty to za długo?

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak właśnie wyobrażałam sobie działanie takich szamponów indyjskich, nie dziwi mnie, że wysuszają. Ciekawa jestem, czy włosy będą chociaż dłużej świeże po czymś takim.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja się zbieram do zakupu Amla Bio Shampoo oraz oleju musztadrowego :) Szampon juz kończe ale jeszcze mi dużo Vatiki coconut oil zostało. Jest świetny do masażu i tak smakowicie pachnie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam mega przesusz na głowie, jutro rano będę się ratować maską z wyniesionym ze śniadania miodem... ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kociamber w podróży , Blogger